Przejdź do głównej zawartości

Jak być realistą w świetle dzisiejszego sporu o uniwersalia?

Współczesny spór o uniwersalia toczy się przede wszystkim między konceptualistami i nominalistami, którzy uważają, że uniwersalia istnieją tylko wewnątrz umysłu albo są wyłącznie tworami językowymi, a przedstawicielami realizmu umiarkowanego, który głosi, że uniwersalia istnieją realnie (tj. niezależnie od umysłu), ale niesamodzielnie, w przedmiotach zmysłowych (Źródło: Kazimierz Ajdukiewicz “Język I poznanie” tom I). Zwolenników tezy Platona, wedle której istnieją samodzielnie, poza przedmiotami zmysłowymi, jest obecnie (przynajmniej w moim odczuciu) niewielu.
Zgodnie z myślą szkoły Lwowsko-Warszawskiej rozpatrywanie wszelkich problemów filozoficznych trzeba rozpocząć od precyzacji pojęć. Czym tak właściwie są uniwersalia? Filozofowie nazywają je czasem ideami, powszechnikami lub bytami ogólnymi i definiują je różnie. Platon, który, tworząc świat idei, zapoczątkował spór o uniwersalia, uważał, że stanowią one całą naturę rzeczy w świecie postrzeganym zmysłowo, o których można powiedzieć tylko, że istnieją w takich a takich ideach. Tadeusz Kotarbiński stworzył własną definicję, wedle której „P jest powszechnikiem dla danych desygnatów nazwy N, to tyle co P jest przedmiotem posiadającym tylko cechy wspólne desygnatów nazwy N”. Jeszcze inaczej opisuje je Bertrand Russel, który w „Problemach Filozofii” pisze, że „powszechniki to wszystko co może być wspólne wielu bytom jednostkowym i co ma te cechy, które […] odróżniają sprawiedliwość i biel od sprawiedliwych czynów i białych rzeczy”. Czytając te definicje można odnieść wrażenie, że wszystkie mają identyczne znaczenie, są tylko inaczej sformułowane. Nie można zaprzeczyć, że są bardzo podobne, ale mają pewne zasadnicze różnice, które wpływają na wyciągane na ich podstawie wnioski.
Zacznijmy od definicji Kotarbińskiego, która najbardziej różni się od pozostałych, narzuca nam ona myślenie o uniwersaliach jako o przedmiotach, co znacznie ułatwia obalenie tezy o ich istnieniu. Trzeba zauważyć, że odrzuca ona powszechniki takie jak cechy i relacje między przedmiotami, jest to zdecydowane zawężenie definicji, ale uznajmy, że miał do niego prawo. Pomyślmy o konkretnym, jak mi się zdaje, dopuszczanym przez niego, powszechniku kota. Według Kotarbińskiego, aby istniał taki powszechnik musi być możliwe istnienie jednego kota, który ma tylko i wyłącznie cechy wspólne wszystkich innych kotów. Cechą konieczną każdego przedmiotu jest posiadanie jakiegoś koloru (Lub braku koloru, co też jest pewną cechą. Jednakże patrząc na to, z jaką dowolnością Kotarbiński tworzy definicje, nie możemy wykluczyć, że jego zdaniem brak pewnej cechy, w tym przypadku koloru, nie jest cechą samą w sobie. To kazałoby nam przyjąć, że powszechnikiem kota jest przeźroczysty kot lub kot bez futra (w końcu nie jest ono cechą wspólną wszystkich kotów a w dodatku rozwiązałoby to nasz problem z kolorem), ale wówczas nasz powszechnik kota miałby coraz mniej wspólnego ze zbiorem do którego się odnosi i stopniowo popadalibyśmy w absurd), jak wiemy z doświadczenia, istnieją na świecie koty o różnych kolorach futra więc istnienie powszechnika kota jest logicznie niemożliwe. Analogicznie można obalać istnienie wszystkich, dopuszczalnych przez tę definicję, powszechników. Patrząc jednak na przykład kota można zauważyć, że definicja ta pozwala być powszechnikom tylko przedmiotom identycznym, w żadnym innym wypadku nie znajdziemy takiego przedmiotu P, który posiada tylko cechy wspólne desygnatów nazwy N. Z kolei ograniczanie roli uniwersaliów wyłącznie do przedmiotów identycznych sprawia, że tracą one jakikolwiek sens, a realiści w sporze o uniwersalia są skazani na porażkę.
Przyjmując jednak inną definicję powszechników, możliwe jest inne rozpatrzenie tego tematu. Definicja Platona nie narzuca ideom formy przedmiotów, już sama nazwa sugeruje nam, że jego zdaniem są one niematerialne, w dodatku do zbioru uniwersaliów mogą teraz dołączyć cechy, jednak Platon również nie uwzględnia relacji między bytami. Powróćmy do przykładu kota. Posługując się definicja Kotarbińskiego byliśmy zmuszeni do szukania konkretnego przedmiotu, który spełniałby bardzo restrykcyjne warunki bycia powszechnikiem kota. Było tak dlatego, że w tej definicji zaakcentowane były warunki istnienia powszechników jako przedmioty posiadające tylko i wyłącznie cechy desygnatów danej nazwy. Definicja Platona jest niejako odwrócona, według niej idee nie są zbiorem cech wspólnych desygnatów nazwy a desygnaty nazwy są zbiorem idei. Czyli patrząc na czarnego kota możemy powiedzieć, ze istnieje on w obrębie idei kota i idei czerni. Dla Platona, inaczej niż dla Kotarbińskiego, nie zachodzi tu sprzeczność. Jednak ta definicja również nie jest, z punktu widzenia realistów, doskonała. Russel zauważa, że ze względu na nasze dzisiejsze rozumienie słowa „idea” myśląc o uniwersaliach w ten sposób łatwo popaść w mistycyzm, ale moim zdaniem nawet gdyby zamienić słowo „idea” na „powszechnik” nie uniknęlibyśmy niedoskonałości. Przyjmując tę definicję, łatwo można przyjąć, że powszechniki, w tym rozumieniu, istnieją tylko jako wytwór języka. Spór o to, czy przedmioty są niczym więcej niż połączeniem różnych powszechników (czyli bytów i cech) czy powszechniki to tylko sztucznie wyabstrahowane części przedmiotów jest czysto akademicki i niemożliwy do rozstrzygnięcia, a co za tym idzie niegodny dalszych rozważań.

W mojej pracy jako uniwersalia, powszechniki czy byty ogólne będę określała wszystkie pojęcia (oznaczające cechy, własności, byty, i, na co zwrócił uwagę Russel w „Problemach filozofii”, relacje między bytami) mogące odnosić się do wielu indywiduów. Przy tak sformułowanej definicji mogę wysnuć teorię, której dowodem zajmę się w tej pracy. Moim zdaniem jedyne zdania, których wartość można określić to zdania w całości złożone z uniwersaliów (w dalszej części pracy będę nazywała tę teorię „teorią nadrzędności uniwersaliów”). Jeśli tak jest w istocie, tezy według których uniwersalia nie istnieją lub istnieją wyłącznie jako twór naszego umysłu byłyby błędne a powszechniki okazałyby się jedynym rzeczywistym tworem.
W mojej definicji byty ogólne uznałam za zbiór wszystkich pojęć, które mogą odnosić się do wielu indywiduów, nazwijmy ten zbiór zbiorem A, zbiorem A’ jest więc zbiór wszystkich pojęć, które muszą odnosić się do wyłącznie jednego bytu, co jest potoczną definicją nazw. Oznacza to, że moją tezę można sprowadzić do „jedyne zdania, których wartość można określić to te, w których nie występują nazwy”.
Dobrym przykładem popierającym moją tezę jest zdanie „Arystoteles istniał”, którym posłużył się Saul Kripke w książce „Nazywanie a konieczność”. Mówiąc „Arystoteles” mam na myśli greckiego filozofa, ucznia Platona, nauczyciela Aleksandra, twórcę „Corpus Aristotelicum” , można tak wymieniać w nieskończoność. Jednak co jeśli tak naprawdę Arystoteles nie stworzył traktatów zawartych w „Corpus Aristotelicum” tylko znalazł je na ulicy? Czy to oznaczałoby, że nie istniał? Ten problem rozwiązuje teoria wiązek pojęciowych, która podchodzi do problemu „demokratycznie”. Zgodnie z tą teorią, zdanie „Arystoteles istniał” byłoby prawdziwe, nawet gdyby Arystoteles nie byłby twórcą traktatów z którymi powszechnie się go kojarzy. Jedynym wymogiem jest to by większość pojęć mu przypisywanych była prawdziwa. Ta teoria ma jednak pewne wady, na co zwraca w swym dziele uwagę Kripke zauważając, że zgodnie z nią wszystkie cechy mają taką samą wagę. Gdyby do opisu Arystotelesa dodać jeszcze np. kolor oczu, byłaby to cecha równie ważna co fakt napisania traktatów filozoficznych. Oznacza to tyle, ze gdybyśmy dodali tych cech powiedzmy 20, bo bylibyśmy przekonani, że Arystoteles miał niebieskie oczy, czarne włosy, urodził się na wsi, lubił malować itd., mogłoby się okazać, że, w myśl tej teorii, mówiąc o Arystotelesie nie mówimy już o uczniu Platona ani w ogóle o filozofie, a jego sąsiedzie, który nigdy nawet nie nauczył się czytać. Kripke jednak nie podaje żadnego sposobu określania wagi poszczególnych cech dlatego za zdecydowanie „bezpieczniejszą” uważam teorię deskrypcyjną.
Gdyby zdanie „Arystoteles istniał” zastąpić zdaniem „Istniał jeden grecki filozof, który stworzył traktaty filozoficzne zawarte w dziele „Corpus Aristotelicum”, mający nauczyciela Platona i ucznia Aleksandra.” logicznie możliwe wydaje się stwierdzenie czy jest ono prawdziwe czy nie. Jest to jednak pozorne – zamiast jednej nazwy zostały w końcu wprowadzone trzy, można wtedy spytać czy istniał Platon i zatoczylibyśmy błędne koło. Ten błąd można rozwiązać dwojako. Pierwszym rozwiązaniem jest poprzedzenie każdej z nazw słowami „jest powszechnie znany jako” lub „jest nazywany” bo, tak jak bycie Platonem jest (przynajmniej w moim odczuciu) koniecznie cechą indywidualną, tak cechę bycia nazywanym Platonem uważam za należącą do zbioru powszechników. Jednak to wydaje się pewnego rodzaju „pójściem na łatwiznę”, stąd druga opcja – można wypisać tezy zawarte w „Corpus Aristotelicum”, Platona można nazwać twórcą teorii o świecie idei a Aleksandra zdobywcą terytoriów o konkretnych współrzędnych.
Patrząc na powyższy przykład teoria deskrypcyjna, jak i przedstawiona na początku mojej pracy teoria nadrzędności uniwersaliów niosą ze sobą dwa problemy – nazwy, wbrew przyjętej na początku definicji (która apriori jest prawdziwa) wydają się mieć więcej niż jedno możliwe odniesienie a same teorie wydają się niepraktyczne oraz zabierające nazwom część znaczenia.
Zajmijmy się pierwszą niejasnością – skoro nazwy z definicji muszą odnosić się wyłącznie do jednego bytu a w przytoczonym przykładzie nazwa „Arystoteles” może odnosić się do kilku osób, w zależności od definicji, to albo definicja nazw jest błędna, albo nazwy nie mogą istnieć samodzielnie. Jeśli przyjmiemy, ze nazwy mogą odnosić się do wielu bytów musielibyśmy uznać je za uniwersalia, oznaczałoby to, że nie istnieją na świecie pojęcia inne niż powszechniki. Można też uznać, że definicja jest poprawna i nazwy istnieją zgodnie z nią, jednak musielibyśmy wówczas przyjąć, że istnieją wyłącznie jako skróty deskrypcji i nie mają prawa do samodzielnego bytu.
Drugi problem jest znacznie bardziej zauważalny - wymienienie wszystkich cech danej osoby, zjawiska lub przedmiotu jest niemożliwe więc każdorazowo posługując się deskrypcjami tracilibyśmy wiele czasu i treści. Dlatego właśnie jestem zdania, że nazwy są niezbędne w mowie potocznej, jednak w zdaniach wykraczających poza codzienne rozmowy, na przykład tych dotyczących istnienia, tożsamości i światów możliwych, prowadzą do nieścisłości.
Weźmy pod uwagę eksperyment myślowy statku Tezeusza. Ten eksperyment ma kilka wersji więc nakreślę jedną z nich: Tezeusz miał statek i kazał go odnowić poprzez wymienienie wszystkich jego desek jedna po drugiej, następnie człowiek zajmujący się odnową statku stworzył, z „wyciągniętych” ze statku Tezeusza desek nowy, identyczny statek. Problemem jest, który ze statków jest „statkiem Tezeusza”. W tym przypadku traktuję „statek Tezeusza” jako jedną nazwę, którą można definiować na przynajmniej dwa sposoby, jako statek należący do Tezeusza lub jako statek składający się z tych samych części (lub, jeśli ktoś woli, przynajmniej w 60/80/90% z tych samych części, dane można dowolnie zmieniać w zależności od tego jak chcemy definiować „statek Tezeusza”) co statek, którego właścicielem był Tezeusz przed odnową. Nie trzeba się długo zastanawiać by zauważyć, że w pierwszym przypadku statkiem Tezeusza jest ten odnowiony a w drugim ten składający się ze starych desek. Można mi zarzucić, że definiując „statek Tezeusza” jako „statek należący do Tezeusza” stworzyłam błędne koło, ale od razu chcę wyjaśnić, że tak nie jest. Jakkolwiek najprostszą definicją Tezeusza byłby „właściciel statku” tak można go zdefiniować również jako „człowieka o którym opowiada eksperyment myślowy” lub, w prawdziwym życiu, jego definicją byłby konkretny zbiór jego cech, co pozwala uniknąć tego efektu.

Powyższa praca wymagała przejrzenia wielu książek naukowych i pochłonęła wiele wysiłku. Choć ciężko uznać ją za całkowicie zakończoną, jestem z niej osobiście dumna, mam nadzieję, że czytelnik również uznał ją za zajmującą, pozdrawiam
J.T.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Skąd biorą się duchy?

We współczesnym świecie naukowym zjawiska paranormalne często traktowane są po macoszemu, jednak media co chwilę donoszą o objawieniach istot nie z tego świata. Oczywiście istnieje naukowe wyjaśnienie pojawiania się „duchów”. Jak powstaje rzeczywistość w naszej głowie? Ludzki mózg jest najbardziej złożonym i tajemniczym instrumentem we wszechświecie. Problem polega na tym, że jest on całkowicie odgrodzony od otaczającego nas świata. Bezpośrednio nie docierają do niego żadne bodźce. Wszystkie informacje są najpierw przefiltrowane przez zmysły. Zmysły to tak naprawdę chemiczne i elektryczne sygnały, które kreują w nas rzeczywistość.   Na przykład zamysł wzroku: tzw. Światło widzialne – poprzez rogówkę, komórkę przednią oka, soczewkę oraz ciało szkliste – dociera do siatkówki, w której powstaje wstępny obraz przedmiotu. Jest on odwrócony do góry nogami i przygotowany do „obróbki”. W korze wzrokowej, umiejscowionej z tyłu głowy, poszczególne elementy są analizowane i sk...

Doping - największy problem współczesnego sportu

Współczesny sport zmaga się z wieloma problemami różnego rodzaju, jednak no najpoważniejszych z nich należy doping. Definicja dopingu:     Doping – jest to sztuczne podnoszenie wydolności fizycznej i psychicznej zawodnika, wykorzystujące metody wykraczające poza normalny trening. Za doping ogólnie uznaje się medyczne metody, potencjalnie szkodliwe dla zdrowia, które zostały zakazane. Uwzględniając metody stosowania dopingu można go podzielić na trzy główne rodzaje: doping fizjologiczny, doping farmakologiczny oraz doping genetyczny. Doping fizjologiczny polega na wymianie płynów ustrojowych, przeszczepach tkanek, stosowaniu szkodliwych dla zdrowia zabiegów. Najczęściej spotykaną formą dopingu fizjologicznego są transfuzje krwi . Jest on szczególnie popularny w kolarstwie szosowym, a sam ten sport słynie z wielkich afer dopingowych. Najbardziej znana dotyczy oczywiście Lance’a Amstronga, który siedem razy triumfował w Tour de France. Doping farmakologiczny...